AI to nie tsunami, ale rzeka – można się utopić, ale można też nauczyć się płynąć – twierdzi Krzysztof Inglot, ekspert rynku pracy Pracodawców PR, założyciel Personnel Service.
Czy AI już zabiera miejsca pracy w Polsce?
Sztuczna inteligencja wpływa realnie na rynek pracy w Polsce, ale nie mówimy jeszcze o masowej skali zwolnień, a raczej o pierwszych symptomach transformacji. W „Barometrze Polskiego Rynku Pracy” zapytaliśmy zarówno pracowników, jak i pracodawców o to, czy czują wpływ AI na ich miejsce pracy. Wśród pracowników 11% osób wskazało, że zna kogoś kto w wyniku wdrożenia sztucznej inteligencji lub robotyzacji stracił pracę. Natomiast w firmach w ciągu ostatnich 12 miesięcy 42% przyznaje, że zwolniło co najmniej jednego pracownika w wyniku wdrożenia nowych technologii. Rok temu, czyli w 2024 roku, było to 37% przedsiębiorstw. Trend jest zatem rosnący.
Widzimy też ogólnie spadek zapotrzebowania na niektóre stanowiska administracyjne i analityczne, zwłaszcza tam, gdzie możliwa jest automatyzacja powtarzalnych zadań. Coraz częściej też słyszymy o konkretnych przypadkach redukcji etatów z powodu wdrożenia AI, np. firm usługowych, które redukują dział obsługi klienta po wdrożeniu chatbotów zasilanych dużymi modelami językowymi.
Jakie firmy i stanowiska są narażone na redukcję przez AI?
Najbardziej narażone są branże, w których powtarzalność procesów jest wysoka: centra usług wspólnych (SSC/BPO), administracja, księgowość, a nawet niektóre role w marketingu i customer service. Jeśli mówimy o zawodach, to mówimy o młodszych analitykach danych, asystentach biurowych, operatorach wprowadzania danych, konsultantach infolinii. Skala? Na razie szacowałbym ją na promil całego rynku, ale WEF szacuje, że do 2027 roku zniknie globalnie 83 mln miejsc pracy, a powstanie 69 mln nowych. Polska nie będzie wyjątkiem – czeka nas nie tyle fala zwolnień, co wielka rotacja kompetencji. I właśnie na kompetencje najbardziej zwróciłbym uwagę. Jasne jest, że nadal będą potrzebni pracownicy o rozwiniętych umiejętnościach komunikacyjnych, analitycznych, którzy potrafią rozwiązywać złożone problemy i oczywiście dobrze współpracują z technologią. Ale też ciężko na razie sobie wyobrazić, że AI zastąpi prace fizyczne, czy rzemieślnicze.
Czy AI to dobro czy zagrożenie? Do którego obozu Pan należy?
Jestem realistą. AI to narzędzie – nie rewolucja sama w sobie, ale coś, co przyspiesza zmiany, które i tak się już toczą. Z jednej strony poprawia wydajność, skraca procesy, pomaga ludziom. Z drugiej – wymusza redefinicję ról zawodowych i może być bolesna dla tych, którzy utkną w modelu pracy sprzed 10 lat. Jestem bliżej obozu, który mówi: „AI stworzy nowe miejsca pracy, ale nie dla każdego.” Kluczem nie jest to, czy AI nas „zastąpi”, tylko czy my nauczymy się z nią współpracować. W tym sensie to nie tsunami, ale rzeka – można się utopić, ale można też nauczyć się płynąć.
Czy można się przygotować na AI?
Tak, i wręcz trzeba. Każdy z nas powinien dziś mieć strategię „transformacji”. W praktyce to oznacza: podnoszenie kompetencji cyfrowych, uczenie się analizy danych i pracy z AI, rozwijanie kompetencji miękkich, jak kreatywności, krytycznego myślenia, empatii, bo te są najtrudniejsze do zautomatyzowania. To nie jest czas na bierne czekanie. Jesteśmy też w czasie dużego testu dla biznesu, który musi się zwrócić w stronę człowieka i jego potrzeb. Wymagana jest etyka.
A może AI i tak zastąpi wszystko i czas na dochód gwarantowany?
To poważna debata, nie tylko ekonomiczna, ale i społeczna. Jeśli AI rzeczywiście zredukuje ogromne liczby miejsc pracy, państwa będą musiały szukać nowych modeli redystrybucji, np. podatków od rozwiązań cyfrowych, dochodu podstawowego czy redefinicji czasu pracy. Ale to jeszcze przed nami. W Polsce dziś bardziej potrzebujemy mądrego podejścia do reskillingu i przemyślanej strategii wdrażania AI w firmach – niż rewolucji społecznej. Choć ta druga – jeśli nie zareagujemy – może przyjść szybciej, niż nam się wydaje.
Rozmawiał Marcin Kaczmarczyk.
Foto: Personnel Service.