Jeszcze kilka lat temu Microsoft mógł świętować każdy kolejny kamień milowy Windowsa. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Windows 11 przekroczył barierę miliarda aktywnych użytkowników miesięcznie, ale zamiast euforii w Redmond słychać głównie… narzekania. I to coraz głośniejsze.
Oficjalnie sukces jest bezdyskusyjny — zakończenie wsparcia dla Windows 10 jesienią zeszłego roku skutecznie zmusiło miliony użytkowników do migracji. Problem w tym, że przymusowa adopcja nie oznacza zadowolenia.
Wręcz przeciwnie: Windows 11, który po niemal pięciu latach obecności na rynku powinien być systemem dopracowanym i stabilnym, coraz częściej postrzegany jest jako niedokończony eksperyment.
Miliard użytkowników, miliard problemów?
Podczas ostatniej konferencji wynikowej Microsoftu CEO Satya Nadella ogłosił, że Windows 11 osiągnął poziom 1 miliarda aktywnych użytkowników miesięcznie. To ogromna liczba — zwłaszcza w świecie komputerów osobistych.
Jednocześnie szef Windowsa, Pavan Davuluri, w rozmowie z mediami przyznał wprost, że firma słyszy rosnącą frustrację użytkowników. Microsoft obiecuje poprawę wydajności, stabilności i w ogóle wszystkiego. Tylko że podobne deklaracje słyszeliśmy już wielokrotnie.
A użytkownicy? Ci mają dość.
Windows Update znów zawodzi
Windows Update od lat jest piętą achillesową systemu Microsoftu, ale początek 2026 roku tylko dolał oliwy do ognia. Pierwsza zbiorcza aktualizacja roku okazała się na tyle problematyczna, że wymagała dwóch dodatkowych poprawek poza standardowym cyklem.
Oficjalnie Microsoft uspokaja — większość błędów dotyczyła środowisk firmowych, Azure Virtual Desktop czy specyficznych konfiguracji zabezpieczeń. Pojawiły się jednak również doniesienia o czarnym ekranie po starcie systemu, co zawsze brzmi groźnie, nawet jeśli firma zapewnia, że „domowi użytkownicy raczej nie są zagrożeni”.
Problem w tym, że historia uczy ostrożności. Wystarczy przypomnieć aktualizację z 2018 roku, która… usuwała użytkownikom pliki. Albo liczne przypadki BSOD-ów, niedziałających sterowników i losowo resetowanej jasności ekranu.
Windows 11 miał być „nowym otwarciem”. Dla wielu wciąż jest poligonem doświadczalnym.
AI wszędzie. I to męczy. Copilot jako obowiązkowy pasażer
Jeśli jest coś, co wyjątkowo irytuje użytkowników Windows 11, to agresywne wciskanie funkcji opartych na AI. Dla Satyi Nadelli sztuczna inteligencja nie jest dodatkiem — to fundament „agentowego systemu operacyjnego” przyszłości.
Problem? Użytkownicy nie prosili o to tempo zmian.
Copilot pojawia się wszędzie:
– w osobnej aplikacji,
– w Eksploratorze plików,
– w ustawieniach systemu,
– w aplikacji Zdjęcia,
– a nawet… w Notatniku.
Na komputerach Copilot+ czeka też kontrowersyjna funkcja Recall, która może wykonywać zrzuty ekranu co kilka sekund, zapisując historię pracy użytkownika. Teoretycznie opcjonalna — w praktyce kolejny powód do niepokoju o prywatność.
Co gorsza, AI trudno całkowicie wyłączyć. Nawet po usunięciu aplikacji Copilot jego komponenty pozostają w systemie, a narzędzia administracyjne do dezaktywacji są stopniowo wygaszane.
Windows jako billboard reklamowy. Subskrypcje, subskrypcje i jeszcze raz subskrypcje
Microsoft coraz wyraźniej traktuje Windowsa jako platformę sprzedażową. Nowy komputer z Windows 11 to nie tylko system operacyjny — to ciągły strumień propozycji:
– Xbox Game Pass
– Microsoft 365
– OneDrive
– Edge jako „zalecana” przeglądarka
– Copilot jako domyślna wyszukiwarka
Można odmówić, ale komunikaty wracają. I wracają. I wracają.
Windows, który kiedyś był narzędziem, dziś dla wielu użytkowników przypomina nachalny sklep.
OneDrive. Dobra idea, fatalne wykonanie
Automatyczne kopie zapasowe w chmurze brzmią świetnie — dopóki użytkownik nie traci kontroli nad własnymi plikami. Funkcja OneDrive Backup była aktywowana u wielu osób bez pełnej, świadomej zgody, a jej cofnięcie bywa skomplikowane.
Wystarczy zajrzeć na Reddita i wpisać hasło „OneDrive deleted my files”, by zobaczyć skalę problemu. Microsoft poprawia mechanizm, ale fundamentalny błąd pozostaje: użytkownik powinien decydować, co dzieje się z jego danymi.
Konsument na końcu kolejki. Windows pisany pod korporacje
Największy paradoks? Około 60% komputerów z Windowsem należy do konsumentów, ale to firmy generują większość przychodów Microsoftu. Efekt jest oczywisty: system rozwijany jest głównie pod potrzeby IT-owców, administratorów i korporacji.
Edycja Home to w praktyce ten sam system co wersje firmowe, tylko z wyłączonymi niektórymi opcjami zarządzania. Gdy coś się psuje, zwykły użytkownik musi sięgać po rejestr systemu, PowerShell lub poradniki rodem z działów IT.
A tak być nie powinno.
Czy Microsoft wyciągnie wnioski?
Windows 11 mógł być spokojną, dojrzałą ewolucją Windowsa 10. Zamiast tego stał się polem testowym dla AI, subskrypcji i eksperymentów, które często rozmijają się z realnymi potrzebami użytkowników.
Jeśli deklaracje o „słuchaniu społeczności” znów skończą się na marketingowych hasłach, Microsoft musi liczyć się z tym, że część użytkowników zacznie szukać alternatyw. Linux, ChromeOS czy macOS już dziś korzystają na tej frustracji.
Miliard użytkowników to ogromny sukces.
Ale miliard zirytowanych użytkowników to problem, którego nie da się zignorować.
Foto: Microsoft.