Federalne władze Szwajcarii chcą zastąpić część oprogramowania Microsoft 365 rozwiązaniami open source. Na początek zmiana obejmie 3000 komputerów, ale jeśli projekt się powiedzie, skala może wzrosnąć do nawet 54 tys. stanowisk.
To nie jest jednak wyłącznie historia o zamianie Outlooka na inny program pocztowy czy Teams na konkurencyjne narzędzie do wideokonferencji. W tle jest znacznie poważniejsze pytanie: czy państwo powinno opierać kluczową część swojej infrastruktury cyfrowej na oprogramowaniu kontrolowanym przez zagraniczne koncerny?
11 mln dolarów na odejście od Microsoftu
Federalne władze Szwajcarii przeznaczyły na projekt około 9 mln franków szwajcarskich, czyli ponad 11 mln dolarów. Pieniądze mają pozwolić na wdrożenie pakietu openDesk na około 3000 komputerach administracji federalnej.
Pierwszy etap rozpoczął się we wrześniu 2026 roku. Wcześniej przeprowadzono program pilotażowy PoC BOSS, w którym 172 pracowników administracji korzystało z openDesk zamiast z narzędzi Microsoftu.
Test miał odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy pracownicy administracji są w stanie wykonywać codzienną pracę bez Microsoft 365?
Odpowiedź okazała się w dużej mierze pozytywna.
Uczestnicy testu mogli bez większych problemów wykonywać typowe zadania biurowe, pracować z dokumentami oraz korzystać z poczty elektronicznej. Nie wszystko działało jednak tak dobrze jak w przypadku produktów Microsoftu.
Największym problemem okazały się wideokonferencje na dużą skalę. W tym obszarze openDesk nadal ma pewne ograniczenia techniczne w porównaniu z Microsoft Teams.
Mimo tego szwajcarskie władze uznały pilotaż za sukces.
Czym właściwie jest openDesk?
openDesk nie jest pojedynczym programem będącym bezpośrednim odpowiednikiem Outlooka czy Teams. To zestaw narzędzi biurowych i komunikacyjnych rozwijany z myślą o zwiększeniu cyfrowej suwerenności organizacji.
Za projektem stoi niemieckie Centrum Cyfrowej Suwerenności. Założenie jest stosunkowo proste: administracja ma mieć możliwość korzystania z oprogramowania, którego kod można kontrolować, modyfikować i rozwijać bez uzależnienia od jednego zagranicznego dostawcy.
To właśnie ten aspekt jest dla Szwajcarii szczególnie istotny.
Microsoft 365 jest usługą komercyjną, a jej działanie zależy od decyzji producenta dotyczących licencji, cen, funkcji, infrastruktury czy sposobu przechowywania danych.
W przypadku administracji państwowej takie uzależnienie może być postrzegane jako ryzyko strategiczne.
Nie chodzi tylko o ceny licencji
Argument finansowy jest oczywiście istotny. Koszty licencji i subskrypcji oprogramowania biznesowego rosną, a administracja korzystająca z tysięcy czy dziesiątek tysięcy stanowisk musi liczyć się z bardzo dużymi wydatkami.
Szwajcarzy patrzą jednak na sprawę szerzej.
Jednym z głównych argumentów za migracją jest ochrona danych i cyfrowa suwerenność.
Szwajcarski rząd uważa, że nadmierne uzależnienie od produktów Microsoftu może utrudniać ochronę danych. Problem polega między innymi na tym, że szwajcarskie instytucje korzystają z infrastruktury i usług firmy podlegającej amerykańskiemu prawu.
W skrajnym scenariuszu pojawia się więc pytanie, czy zagraniczne przepisy mogłyby zmusić Microsoft do udostępnienia danych Amerykanom znajdujących się w systemach wykorzystywanych przez szwajcarską administrację.
Dla prywatnej firmy jest to kwestia bezpieczeństwa i zgodności z przepisami. Dla państwa może stać się problemem strategicznym.
3000 komputerów to dopiero początek
Pierwszy etap jest stosunkowo niewielki. 3000 komputerów odpowiada około 7 proc. federalnej infrastruktury stanowisk pracy.
Jeśli projekt zakończy się sukcesem, Szwajcaria może jednak pójść znacznie dalej.
Cała federalna flota liczy około 54 tys. komputerów. Oznacza to, że obecny projekt może być w rzeczywistości testem przed znacznie większą transformacją.
Według obecnego harmonogramu do końca 2027 roku 3000 stanowisk powinno już całkowicie funkcjonować bez Microsoft Office.
To ważne, ponieważ administracja nie może po prostu odinstalować Office i zainstalować innego pakietu.
Migracja obejmuje dokumenty, pocztę, współdzielenie plików, systemy uwierzytelniania, procedury bezpieczeństwa, przyzwyczajenia pracowników i integrację z innymi systemami.
Dlatego nawet jeśli sam program jest darmowy lub dostępny na zasadach open source, migracja już darmowa nie jest.
Szwajcaria właśnie dlatego przeznacza na pierwszy etap około 9 mln franków.
Szwajcarska armia idzie jeszcze szybciej
Co ciekawe, administracja cywilna nie jest w Szwajcarii najbardziej zdecydowana w kwestii odejścia od Microsoftu. Jeszcze szybciej działa sektor wojskowy. Cyber Command szwajcarskich sił zbrojnych ma zakończyć migrację z Microsoft 365 na openDesk już w październiku 2026 roku.
W przypadku wojska argument dotyczący niezależności technologicznej jest jeszcze mocniejszy. Systemy informatyczne wykorzystywane przez państwo do komunikacji, zarządzania i przechowywania danych mogą być elementem infrastruktury krytycznej. Uzależnienie ich działania od zewnętrznego dostawcy staje się więc potencjalnym problemem bezpieczeństwa narodowego.
Szwajcaria nie jest tutaj wyjątkiem
Decyzja Berna wpisuje się w szerszy europejski trend. Europejskie instytucje i administracje coraz częściej mówią o cyfrowej suwerenności, czyli zdolności do kontrolowania własnej infrastruktury technologicznej bez całkowitego uzależnienia od firm ze Stanów Zjednoczonych czy Chin.
Szwajcaria zrobiła w tym kierunku ważny krok już w 2024 roku, przyjmując przepisy mające zwiększyć wykorzystanie oprogramowania open source przez instytucje publiczne.
Nie oznacza to oczywiście, że Microsoft zniknie ze szwajcarskiej administracji z dnia na dzień. Wręcz przeciwnie. Migracja na alternatywne rozwiązania może okazać się znacznie trudniejsza, niż wynikałoby to z prostego porównania funkcji programów. Historia pokazuje, że takie projekty potrafią się wykoleić.
Dobrym przykładem jest Monachium, które rozpoczęło migrację administracji z Windows na Linuksa już w 2004 roku. Projekt przez lata był przedstawiany jako symbol sukcesu open source w administracji publicznej, ale ostatecznie miasto zaczęło wracać do rozwiązań Microsoftu i w 2017 roku zakończyło tę transformację.
Czy Microsoft naprawdę ma się czego obawiać?
Na razie trudno mówić o rewolucji. 3000 stanowisk w Szwajcarii nie jest liczbą, która mogłaby poważnie zmienić sytuację Microsoftu na globalnym rynku. Nawet potencjalne 54 tys. komputerów to z perspektywy giganta z Redmond niewielki fragment biznesu. Znaczenie tej decyzji jest jednak przede wszystkim polityczne i strategiczne.
Jeżeli Szwajcaria udowodni, że administracja państwowa może skutecznie funkcjonować na bazie otwartego oprogramowania, podobne projekty mogą stać się łatwiejsze do uzasadnienia w innych krajach. I wtedy największym problemem Microsoftu nie będzie utrata kilku tysięcy licencji. Będzie nim zmiana sposobu myślenia klientów.
Przez lata pytanie brzmiało: „Czy Microsoft 365 jest najlepszym narzędziem dla naszej organizacji?”
Coraz częściej może jednak brzmieć inaczej:
„Czy możemy sobie pozwolić na to, żeby nasze państwo było od niego aż tak zależne?”
To znacznie trudniejsze pytanie dla Microsoftu.
Co to oznacza dla Europy?
Szwajcarski eksperyment warto obserwować także z polskiej perspektywy. Polska administracja również korzysta z dużej liczby usług i produktów amerykańskich dostawców technologii, a jednocześnie Europa coraz częściej mówi o własnej infrastrukturze cyfrowej.
Nie oznacza to, że każdy urząd powinien jutro przejść na Linuksa i zastąpić Teams rozwiązaniem open source. Szwajcarski projekt pokazuje jednak coś ważniejszego: oprogramowanie używane przez państwo staje się elementem polityki bezpieczeństwa i suwerenności technologicznej.
Zatem jeżeli pilotaż zakończy się sukcesem, 3000 komputerów może być dopiero początkiem znacznie większej zmiany.
Foto: DepositPhotos.