NASA w końcu doczekała się pełnoprawnego administratora. Po 377 dniach od pierwszej nominacji Senat USA zatwierdził Jareda Isaacmana na stanowisko 15. szefa amerykańskiej agencji kosmicznej.
Droga do tej decyzji była wyjątkowo kręta — pełna politycznych sporów, cofniętej nominacji i walki o przyszły kierunek eksploracji kosmosu.
Jared Isaacman — pilot, miliarder z branży fintech i prywatny astronauta — przeszedł do historii jeszcze zanim objął urząd. Dowodził dwiema przełomowymi misjami kosmicznymi, w tym pierwszym w historii prywatnym spacerem kosmicznym. Teraz zapisał się w annałach NASA jako najmłodszy administrator agencji, obejmując funkcję w wieku 42 lat.
Senackie głosowanie zakończyło się wynikiem 67 do 30, ale sama decyzja zapadła dopiero po ponad roku politycznego przeciągania liny. W tym czasie Isaacman musiał zmierzyć się z całą listą kontrowersji i zarzutów.
SpaceX, Mars i stare grzechy
Wątpliwości kongresmenów dotyczyły m.in. jego powiązań z Elonem Muskiem i SpaceX, od których Isaacman kupował loty kapsułą Dragon. Pojawiały się też pytania, czy jako administrator nie będzie forsował marsjańskich ambicji kosztem programu powrotu na Księżyc.
Na światło dzienne wróciły również problemy z przeszłości, w tym sprawa oszustw czekowych sprzed ponad dwóch dekad, a także jego stanowisko wobec planów administracji Donalda Trumpa zakładających drastyczne cięcia w finansowaniu badań naukowych NASA.
Kulminacją kryzysu była decyzja Trumpa z końca maja, gdy — na kilka dni przed spodziewanym zatwierdzeniem — cofnął nominację Isaacmana. Prezydent tłumaczył to wcześniejszymi darowiznami Isaacmana na rzecz Demokratów.
Wojna wewnątrz NASA
Sytuację dodatkowo zaognił p.o. administratora NASA, Sean Duffy, który próbował zablokować powrót Isaacmana. W tle pojawił się wyciek 62-stronicowego planu reform agencji, znanego jako Project Athena, a także naciski ze strony tradycyjnych wykonawców kosmicznych, straszących Kongres wizją „człowieka SpaceX” przejmującego NASA.
Mimo to Isaacman wrócił do gry. I to silniejszy.
Budowniczy, nie burzyciel
Jednym z największych znaków zapytania było to, czy człowiek bez doświadczenia politycznego poradzi sobie w toksycznym środowisku Waszyngtonu. Ostatni rok pokazał, że Isaacman nauczył się tej gry szybciej, niż wielu się spodziewało.
Zamiast rewolucji dla samej rewolucji, proponuje ewolucyjne zmiany, modernizację i odchudzanie biurokracji, ale bez niszczenia fundamentów agencji. Project Athena jasno pokazuje, że nowy administrator rozumie problemy NASA. To starzejąca się struktura, nadmierne procedury i rosnąca konkurencja ze strony Chin.
Najtrudniejsza misja dopiero przed nim
Isaacman obejmuje stery w momencie wyjątkowo trudnym. Około 20% z 17,5 tys. pracowników NASA odeszło w ramach redukcji Trumpa, doszło do poważnych zwolnień w Jet Propulsion Laboratory, a przyszłość Goddard Space Flight Center stoi pod znakiem zapytania.
Do tego dochodzi wyścig z Chinami o powrót ludzi na Księżyc, który — przynajmniej w ostatnich miesiącach — zaczyna przechylać się na stronę Pekinu.
Nowy administrator musi lawirować między Białym Domem, który chciał obciąć budżet NASA o 24%, a Kongresem, który w dużej mierze te cięcia odrzucił. To polityczna mina, na której łatwo stracić pozycję.
Zyskał czas, kontakty i doświadczenie
Choć formalnie NASA straciła ponad pół roku przez zamieszanie wokół nominacji, sam Isaacman wyszedł z tej batalii wzmocniony. Zbudował sieć kontaktów w Senacie i Białym Domu, zyskał bliższe relacje z Trumpem i — co kluczowe — nauczył się polityki w praktyce.
Teraz nie musi już reagować. Może działać.
I to właśnie teraz, po najbardziej skomplikowanym manewrze w swojej karierze, przed Jaredem Isaacmanem zaczynają się najtrudniejsze loty.
Foto: Polaris Program.