Proponowany „plan pokojowy” dla Ukrainy nie rozwiązuje problemu rosyjskiej agresji. W najlepszym przypadku grozi jej zamrożeniem – i to na krótko – na warunkach korzystnych wyłącznie dla Kremla.
Proponowany „plan pokojowy” dla Ukrainy, firmowany przez Donalda Trumpa i oparty na życzeniach Władimira Putina, coraz częściej przedstawiany jest jako realistyczna droga do zakończenia wojny. W rzeczywistości jednak dokument przypomina raczej polityczną iluzję, która nie przynosi Ukrainie realnych gwarancji bezpieczeństwa, a Rosji oferuje czas, przestrzeń i strategiczną przewagę.
Z perspektywy wojskowej, ekonomicznej i geopolitycznej obecne propozycje nie tylko nie rozwiązują problemu rosyjskiej agresji, ale wręcz grożą jej zamrożeniem na warunkach korzystnych wyłącznie dla Kremla.
Limit dla Ukrainy, brak limitu dla Rosji
Jednym z kluczowych punktów 20-punktowego „frameworku” pokojowego jest ograniczenie liczebności ukraińskich sił zbrojnych do maksymalnie 800 tys. żołnierzy. To wprawdzie więcej niż pierwotnie proponowane 600 tys., ale nadal oznacza redukcję o około 20% w porównaniu z obecnym stanem, wynoszącym blisko milion żołnierzy.
Co istotne – Rosja nie ma żadnych analogicznych ograniczeń. Moskwa może dalej rozbudowywać swoje siły, prowadzić mobilizację i inwestować w przemysł zbrojeniowy bez formalnych barier.
To asymetria, która już na starcie podważa sens „kompromisu”.
Armia, która miała upaść w 72 godziny
Rosja planowała zdobycie Kijowa w trzy dni. Zamiast tego świat zobaczył Buczę, Izium i Mariupol, masowe groby, deportacje dzieci oraz brutalną wojnę wyniszczającą całe regiony Ukrainy.
Według danych przytoczonych przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego zginęło ponad 45 tys. ukraińskich żołnierzy. Rannych zostało około 390 tys. Oznacza to, że wojna dotknęła bezpośrednio co najmniej jednego na dwudziestu mężczyzn w wieku poborowym.
To właśnie ta armia – jedna z najbardziej doświadczonych bojowo formacji na świecie – ma zostać administracyjnie „przycięta” w imię pokoju, który nie ma mechanizmów jego egzekwowania.
„Kto na tym korzysta? Rosja”
– Kto na tym korzysta? Rosja – były dowódca US Army Europe, gen. Ben Hodges, nie ma wątpliwości.
Proponowana strefa zdemilitaryzowana ma powstać na linii, której Rosja nie zdołała zdobyć militarnie, a tzw. „gwarancje bezpieczeństwa w stylu Artykułu 5” pozostają niejasne nawet dla amerykańskich urzędników.
Nie wiadomo:
- kto ma reagować na naruszenia,
- w jakim czasie,
- na jakiej podstawie prawnej,
- i czy w ogóle ktoś będzie miał prawo odpowiedzieć ogniem.
Historia porozumień mińskich pokazuje, jak kończą się takie konstrukcje. To totalna fikcja i życzeniowe myślenie.
Negocjacje pod ostrzałem dronów
Podczas gdy dyplomaci debatują, Rosja nie przerywa ataków. Tylko w ostatni weekend na Kijów spadło niemal 500 dronów i 40 rakiet, co doprowadziło do śmierci cywilów i pozbawiło jedną trzecią miasta ogrzewania.
– Kinżały i Shahedy mówią w imieniu Rosji – podsumował Zełenski.
Trudno mówić o dobrej woli negocjacyjnej, gdy rozmowy pokojowe toczą się równolegle z eskalacją militarną.
Gwarancje Trumpa? Na 15 lat i pod warunkiem zgody parlamentów
Donald Trump zaproponował Ukrainie 15-letnie gwarancje bezpieczeństwa, które – według samego Zełenskiego – są „silne”, ale zdecydowanie zbyt krótkie. Kijów domaga się 30 lub nawet 50 lat, wskazując, że wojna trwa de facto od 2014 roku.
Problem w tym, że gwarancje wymagają ratyfikacji przez Kongres USA a także zgód parlamentów europejskich. To czyni je politycznie kruchymi i potencjalnie niewykonalnymi.
Tak naprawdę, są to obietnice, które mogą się rozpłynąć wraz ze zmianą większości politycznej.
Najbardziej doświadczona armia Europy – na smyczy
Ukraińskie siły zbrojne operują w pełnej integracji z zachodnim wywiadem. Przetestowały już nowoczesną wojnę dronową i walkę elektroniczną, co oznacza też, że wyciągnęły więcej wniosków z realnego konfliktu niż armie NATO przez dekady ćwiczeń.
Zamrożenie ich potencjału oznacza natomiast problemy z rotacją żołnierzy, ograniczoną zdolność mobilizacji oraz brak elastyczności w razie zerwania rozejmu.
A to wszystko w czasie, gdy Rosja planuje w tym roku zwerbować ponad 400 tys. nowych żołnierzy.
Pauza, nie pokój
Tak więc zdaniem Hodgesa i wielu europejskich dyplomatów obecna propozycja to zamrożenie konfliktu, nie jego zakończenie.
Bez realnych sił międzynarodowych z prawem do użycia broni strefa buforowa stanie się nową linią frontu a prowokacje będą normą. Rosja będzie testować granice – jak robi to już dziś w przestrzeni NATO. Drony wpadające nad Polskę, cyberataki i sabotaż to elementy tej samej strategii.
Ekonomia wojny: Rosja może, Ukraina nie
W całej tej układance pojawia się jeszcze wątek ekonomiczny. Dysproporcja jest bezlitosna:
- PKB Rosji: 2,17 bln dolarów,
- PKB Ukrainy: 190 mld dolarów.
Ukraina wydaje na obronę ponad 30% PKB – najwięcej na świecie. Rosja przeznacza „zaledwie” 7,2% PKB, co i tak odpowiada całemu rocznemu PKB Ukrainy.
Jeśli sankcje zostaną złagodzone, Moskwa odbuduje przemysł zbrojeniowy szybciej, niż Zachód zdąży zareagować.
Plan bez odpowiedzi na kluczowe pytanie
Jak zakończyć tę wojnę? Na pewno nie przez limity dla Ukrainy. Tak samo nie przez papierowe gwarancje i nie przez przez jej kolejne „zamrożenie”.
Bez:
- realnego egzekwowania naruszeń,
- twardych sankcji na rosyjską energetykę,
- wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów,
- długofalowego finansowania ukraińskiej obrony,
plan Trumpa pozostaje eksperymentem na bezpieczeństwie Europy. Do tego takim, który zmierza do katastrofy.
Foto: Reuters/YouTube.