Przez 50 minut amerykański pilot rozmawiał podczas lotu z inżynierami Lockheed Martin, jak uratować samolot. Nie udało się.
Katastrofa polskiego F-16 w Radomiu, w której zginął pilot, przypomniała nam, jak niebezpieczna i dramatyczna potrafi być służba w lotnictwie wojskowym. To ogromna tragedia, która wstrząsnęła całym krajem. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych opinia publiczna żyje innym wypadkiem – z udziałem myśliwca F-35. I choć tam pilot przeżył, to historia jego desperackiej, 50-minutowej rozmowy z inżynierami Lockheed Martin podczas lotu brzmi wręcz jak scenariusz filmu, a nie realne wydarzenie.
50 minut z inżynierami i katastrofa w tle
Jak ujawnił raport amerykańskich sił powietrznych, pilot F-35 miał poważny problem z podwoziem tuż po starcie z bazy Eielson w Fairbanks na Alasce 28 stycznia 2025 r. Podwozie nie chowało się prawidłowo, a próba jego ponownego opuszczenia zakończyła się zaklinowaniem. Koło nie było ani w pełni schowane, ani całkowicie wysunięte.
Pilot, nie znajdując rozwiązania w procedurach awaryjnych, połączył się z zespołem wsparcia technicznego Lockheed Martin. W telekonferencji uczestniczyło pięciu inżynierów – m.in. specjalista od bezpieczeństwa lotów i eksperci od systemów podwozia.
Przez niemal godzinę wspólnie próbowali znaleźć sposób na uratowanie samolotu. Pilot podjął nawet dwa manewry „touch and go”, by spróbować odblokować zaklinowane koła. Niestety – sytuacja tylko się pogorszyła. Zablokowały się kolejne koła podwozia, a maszyna przeszła w tryb automatycznych operacji naziemnych, tracąc kontrolę w powietrzu.
W tej sytuacji pilot musiał się katapultować. Wyszedł z wypadku jedynie z drobnymi obrażeniami. Samolot wart 200 mln dolarów uległ całkowitemu zniszczeniu w eksplozji.
Woda w hydraulice i błędne decyzje
Śledczy wskazali, że przyczyną techniczną katastrofy była obecność wody w układzie hydraulicznym. Aż jedna trzecia cieczy w przewodach to nie był płyn, tylko woda. W niskich temperaturach, jakie panowały tego dnia na Alasce (-17°C), doszło do zamarznięcia i unieruchomienia mechanizmów.
Jednak raport komisji podkreśla również błędy w podejmowaniu decyzji. Eksperci Lockheed Martin podczas telekonferencji omawiali wprawdzie aktualizację procedur konserwacyjnych z 2024 roku, ale nie zastosowali ich do tej sytuacji. Gdyby to zrobili, najprawdopodobniej zasugerowaliby pilotowi natychmiastowe lądowanie lub kontrolowane katapultowanie się – zamiast prób kolejnych manewrów.
Nie pierwszy taki problem
Co ciekawe, dziewięć dni później w tej samej bazie inny F-35 miał bardzo podobny problem z układem hydraulicznym. W tym przypadku udało się jednak bezpiecznie wylądować.
Cała historia unaocznia, że nawet w najnowocześniejszych i najdroższych samolotach świata zawodzą nie tylko maszyny, ale i procedury. Wystarczy niewielka usterka techniczna i błędny łańcuch decyzji, by zakończyło się to widowiskowym – i kosztownym – upadkiem.
Foto: Lockheed Martin.