Tesla wprowadziła do sprzedaży w Ameryce Północnej nową, „tańszą” wersję swojego najpopularniejszego elektrycznego crossovera – Model Y Standard Range. Ale jeśli ktoś myśli, że to długo wyczekiwana budżetowa Tesla, o której Elon Musk wspominał od lat, to może się gorzko rozczarować.
Miało być taniej – jest tylko ubożej. Nowy Model Y w wersji Standard Range startuje w USA od 39 990 dolarów, czyli o około 5 tys. mniej niż wersja Long Range RWD, którą Tesla teraz określa jako „Premium”. Różnica w cenie wygląda atrakcyjnie, dopóki nie spojrzymy, co z auta wycięto.
Zasięg na jednym ładowaniu spadł do 321 mil (ok. 516 km) wobec 574 km w wersji Premium, a oszczędności uzyskano dzięki mniejszemu akumulatorowi o pojemności około 69 kWh i szeregowi cięć w wyposażeniu.
Nie ma szklanego dachu (zastąpił go metalowy), podgrzewanych tylnych siedzeń, chłodzenia foteli przednich, ekranu dla pasażerów z tyłu, adaptacyjnych reflektorów, automatycznych lusterek czy nawet… radia AM/FM. Wnętrze jest prostsze, z manualnie regulowaną kolumną kierownicy i ograniczonym wyborem wykończeń.
A żeby było zabawniej – Tesla usunęła też Autopilota jako funkcję standardową. Można go dokupić, ale to kolejne tysiące dolarów.
Różnica w racie? 72 dolary
Na papierze nowa Tesla Y ma być bardziej przystępna, ale – jak zauważa portal Electrek – producent najwyraźniej wcale nie chce jej sprzedawać. Tesla nie oferuje obecnie leasingu na tę wersję, a jej finansowanie ma oprocentowanie o 30% wyższe niż droższa wersja Premium.
Efekt? Rata miesięczna jest niższa o… zaledwie 72 dolary. Trudno więc mówić o realnej oszczędności.
Powtórka z Cybertrucka
To nie pierwszy raz, gdy Tesla gra w tę samą grę. W kwietniu firma wprowadziła tańszą wersję Cybertrucka RWD, o 10 tys. dolarów tańszą od AWD, ale z usuniętymi funkcjami wartymi niemal 20 tys. dolarów. Po sześciu miesiącach model zniknął z oferty – oficjalnie z powodu „optymalizacji produkcji”.
Nowy Model Y wygląda więc na powtórkę tego manewru. Auto, które w teorii miało przyciągnąć nowych klientów, raczej ma sprawić, by droższe wersje wydawały się „lepszym interesem”.
Tesla coraz bardziej „leniwa”?
Tak więc w praktyce firma Muska, zamiast faktycznie pracować nad nowym, mniejszym i przystępniejszym modelem (tym mitycznym „Modelem 2” za 25 tys. dolarów), zdecydowała się tylko odchudzić dotychczasową ofertę. Po to by lepiej wykorzystać moce produkcyjne w fabrykach, które obecnie pracują zaledwie na 60% swoich możliwości.
Co ciekawe, mimo usunięcia wielu elementów wyposażenia i uproszczenia konstrukcji, nowa wersja Y jest zaledwie 57 kilogramów lżejsza od Premium. Dlaczego? Tesla zamiast usunąć szklany dach, po prostu… zakleiła go od środka podsufitką.
Tylko w USA – na razie
Na ten moment nowa wersja Modelu Y dostępna jest wyłącznie w Stanach Zjednoczonych. Tesla nie ogłosiła, czy i kiedy trafi do Europy. Ale patrząc na jej obecny stosunek jakości do ceny, wielu klientów zapewne nie będzie jej specjalnie wyczekiwać.
Foto: Tesla.