Elektrownia Dolna Odra

Koniec elektrowni węglowej Dolna Odra. Za chwilę będą kolejne wyłączenia

Dolna Odra kończy właśnie ponad 50-letnią historię produkcji energii z węgla. To nie tylko kolejna wyłączana elektrownia. To przykład znacznie większej zmiany, która zachodzi w polskiej energetyce. Stare bloki węglowe coraz częściej przegrywają nie tylko z powodów środowiskowych, ale przede wszystkim ekonomicznych.

31 sierpnia 2026 roku zakończyła się era węgla w Elektrowni Dolna Odra. Ostatnie dwa pracujące bloki węglowe – nr 6 i 7 – zostały przeznaczone do wyłączenia. Wcześniej, z końcem 2025 roku, wycofano bloki nr 5 i 8.

W ten sposób po ponad pół wieku przestaje działać ostatnia część pierwotnej elektrowni, której pierwszy blok uruchomiono w 1974 roku. Przez lata Dolna Odra była jednym z ważnych elementów polskiego systemu energetycznego. Dziś technologia, która była podstawą jej funkcjonowania, staje się coraz trudniejsza do obrony ekonomicznie.

Elektrownia ma ponad 50 lat. To nie jest już ta sama energetyka

Dolna Odra powstawała w zupełnie innych realiach. Budowę rozpoczęto w 1970 roku, a do 1977 roku uruchomiono wszystkie osiem bloków węglowych. Każdy z nich miał około 225 MW mocy, a więc cała pierwotna elektrownia dysponowała mocą sięgającą około 1,8 GW.

Problem polega na tym, że urządzenia zaprojektowane i budowane ponad pół wieku temu nie mogą konkurować na równych zasadach z nowoczesnymi źródłami energii.

Stare bloki wymagają kosztownych remontów i utrzymania, mają niższą sprawność i są bardziej podatne na awarie. W przypadku Dolnej Odry doszedł do tego jeszcze bardzo wyraźny spadek wykorzystania elektrowni. W 2025 roku produkcja energii w blokach węglowych była około 60 proc. niższa niż rok wcześniej. Przy wysokich kosztach utrzymywania wyeksploatowanych jednostek ich dalsza praca przestała być trwale opłacalna.

I właśnie ten ekonomiczny aspekt jest kluczowy.

Problemem nie jest tylko elektrownia. Problemem jest cały węglowy łańcuch

Kiedy mówi się o kosztach energii z węgla, łatwo skoncentrować się wyłącznie na samej elektrowni. Tymczasem elektrownia jest tylko końcowym elementem znacznie większego systemu.

Najpierw trzeba wydobyć węgiel. Następnie go przetransportować, przygotować i dostarczyć do elektrowni. Trzeba również utrzymywać całą infrastrukturę potrzebną do jego wydobycia i transportu, a sama elektrownia musi być regularnie remontowana i modernizowana.

W przypadku polskiego węgla dochodzi więc do kosztów produkcji energii także ekonomiczny ciężar funkcjonowania górnictwa. Im starsza i mniej efektywna elektrownia, tym trudniej uzasadnić ponoszenie tych wszystkich wydatków tylko po to, aby utrzymywać przy życiu technologię, która przez dziesięciolecia była podstawą systemu.

To jedna z przyczyn, dla których węgiel coraz wyraźniej traci pozycję.

OZE zmieniają rachunek ekonomiczny

Polski system energetyczny wygląda dziś zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt lat temu. Rośnie udział odnawialnych źródeł energii. Wraz z nim znaczenie instalacji gazowych, magazynów energii i innych technologii pozwalających elastycznie zarządzać systemem.

To powoduje, że stare bloki węglowe coraz częściej są potrzebne przez coraz krótszą część roku. Jednocześnie koszty ich utrzymania nie znikają tylko dlatego, że elektrownia pracuje mniej.

Powstaje więc wyjątkowo niekorzystna kombinacja: stary blok kosztuje dużo nawet wtedy, gdy produkuje coraz mniej energii.

Właśnie dlatego wygaszanie Dolnej Odry nie powinno być postrzegane wyłącznie jako decyzja administracyjna związana z polityką klimatyczną. To również efekt zwykłej ekonomii.

Węgiel przegrywa także przez koszty środowiskowe

Jest jeszcze druga strona tego rachunku. Produkcja energii z węgla oznacza emisje CO₂ oraz inne obciążenia środowiskowe związane zarówno ze spalaniem paliwa, jak i jego wydobyciem.

Węgiel pozostaje więc technologią, która generuje koszty nie tylko na etapie produkcji energii. Skutki wydobycia wpływają na środowisko, krajobraz i lokalne społeczności. A emisje związane ze spalaniem paliw kopalnych mają konsekwencje znacznie wykraczające poza teren samej elektrowni.

Do tego dochodzą europejskie regulacje klimatyczne i rosnąca presja na ograniczanie emisji. Dla starych bloków oznacza to kolejne ograniczenia i koszty.

W efekcie węgiel znajduje się pod presją z dwóch stron jednocześnie: technologicznej i ekonomicznej oraz środowiskowej i regulacyjnej.

Dolna Odra nie wraca jednak do epoki bez dużych elektrowni

Najciekawsze jest to, co dzieje się w miejscu wyłączanych bloków.

W 2024 roku uruchomiono w Dolnej Odrze dwa nowoczesne bloki gazowo-parowe. Każdy ma 683 MW, co daje łącznie 1366 MW. Tym samym powstała największa elektrownia gazowa w Polsce.
To bardzo istotna zmiana. Polska nie może po prostu wyłączyć starych elektrowni i uznać problemu za rozwiązany. System musi nadal produkować energię wtedy, gdy jest ona potrzebna.

Dlatego miejsce części węgla zajmują technologie bardziej elastyczne. W Gryfinie powstaje również kolejny blok gazowy o mocy około 600 MW, przeznaczony przede wszystkim do pracy szczytowej. W budowie jest także ciepłownia o mocy około 140 MW, która ma zastąpić wygaszane bloki w dostawach ciepła dla miasta. PGE planuje ponadto bateryjne magazyny energii.

To pokazuje kierunek transformacji znacznie lepiej niż sama informacja o wyłączeniu czterech bloków.

Stary, duży i mało elastyczny blok węglowy jest zastępowany zestawem nowych technologii: elektrownią gazową, źródłem szczytowym, ciepłownią i magazynami energii, które mogą współpracować z rosnącą produkcją z OZE.

Dolna Odra nie będzie ostatnią. Kolejne elektrownie węglowe czeka ten sam los

Dolna Odra nie jest wyjątkiem. Z powodów ekonomicznych, technologicznych i środowiskowych podobny los czeka kolejne polskie elektrownie węglowe. Ich właściciele już mają przygotowane harmonogramy odstawiania części bloków, a w wielu przypadkach daty są znacznie bliższe, niż mogłoby się wydawać.

Największym przykładem jest Bełchatów, największa elektrownia węglowa w Polsce. Zgodnie z informacjami przedstawionymi przez PGE, jej kolejne bloki będą wyłączane po 2030 roku, a cała elektrownia ma zakończyć pracę najpóźniej około 2035–2038 roku, zależnie od zapotrzebowania systemu. Podobnie wygląda przyszłość Turowa – wszystkie jego bloki mają pracować do 2030 roku, a od tego momentu mają być stopniowo wyłączane, po dwa w kolejnych latach, zależnie od sytuacji w systemie.

Kolejne duże wyłączenia czekają elektrownie należące do Taurona. Strategia spółki zakłada stopniowe wygaszanie konwencjonalnych jednostek, a większość bloków węglowych ma zakończyć pracę w perspektywie 2030 roku. Wyjątkiem pozostaje blok 910 MW w Jaworznie, dla którego przewidziano dłuższą perspektywę funkcjonowania. Tauron zakłada jednocześnie dynamiczny rozwój OZE oraz magazynów energii.

Także Enea ma już określone terminy dla swoich elektrowni. W Kozienicach starsze bloki klasy 200 MW mają być wyłączane w latach 2030–2033. Znacznie dłużej przewidziano pracę nowszych jednostek, ale nawet w ich przypadku harmonogram wskazuje na stopniowe odchodzenie od węgla – blok 9 ma zostać wyłączony w 2041 roku, blok 10 w 2042 roku, a największy blok 11 w 2048 roku. W Połańcu większość bloków węglowych ma natomiast zakończyć pracę w 2034 roku.

To ważne, ponieważ pokazuje, że wyłączenie Dolnej Odry nie jest pojedynczym wydarzeniem. Polska energetyka węglowa będzie kurczyć się etapami, wraz ze starzeniem się bloków i pogarszaniem ich ekonomiki.

Terminy wyłączeń elektrownii węglowych mogą się jeszcze zmienić

Nie wszystkie daty można dziś traktować jako absolutnie sztywne. Operator systemu musi zachować odpowiednią rezerwę mocy, a rzeczywisty moment odstawienia konkretnego bloku może zależeć od sytuacji w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym. PGE wprost zaznacza, że w przypadku Bełchatowa i Turowa ostateczne terminy mogą zależeć od zapotrzebowania systemu.

Kierunek jest jednak jasny. W najnowszych założeniach polskiej polityki energetycznej do 2040 roku węgiel ma zostać zepchnięty do znacznie mniejszej roli, podczas gdy podstawą systemu mają być przede wszystkim OZE, energetyka jądrowa, magazyny energii i źródła gazowe zapewniające elastyczność. Ministerstwo Energii zakłada, że do 2040 roku polska energetyka będzie oparta głównie na OZE i atomie, a udział tych pierwszych ma sięgnąć około 66–69 proc. produkcji energii elektrycznej.

Warto przy tym rozdzielić dwie kwestie. 2049 rok, który często pojawia się w kontekście końca polskiego węgla, wynika przede wszystkim z umowy społecznej dotyczącej transformacji górnictwa i harmonogramu likwidacji kopalń. Nie oznacza to, że elektrownie węglowe będą produkować prąd aż do 2049 roku.

W praktyce wiele dużych elektrowni zakończy produkcję znacznie wcześniej. Część bloków zniknie z systemu już w tej dekadzie, kolejne będą wyłączane w latach 30., a po 2040 roku węgiel ma mieć już marginalne znaczenie w polskiej elektroenergetyce.

Dolna Odra jest więc zapowiedzią tego, co czeka kolejne elektrownie. Nie dlatego, że ktoś arbitralnie postanowił je zamknąć, ale dlatego, że stara energetyka węglowa staje się coraz trudniejsza do utrzymania ekonomicznie. Im starszy blok, tym większe koszty remontów, niższa sprawność i większy problem z konkurencją ze strony nowych źródeł energii.

A kiedy koszt utrzymywania starej elektrowni zaczyna przewyższać wartość energii, którą może ona opłacalnie wyprodukować, jej wyłączenie przestaje być pytaniem „czy”, a zaczyna być pytaniem „kiedy”.

Autor: Janusz Palicki.
Foto: Jan Michałowski/CC BY-SA 2.0.

Podziel się artykułem

PortalTechnologiczny.pl

Wykorzystujemy ciasteczka do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie.

Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Partnerzy mogą połączyć te informacje z innymi danymi otrzymanymi od Ciebie lub uzyskanymi podczas korzystania z ich usług.

Informacja o tym, w jaki sposób Google przetwarza dane, znajdują się tutaj.