Rynek przemówił. Ferrari zapłaciło wysoką cenę za premierę swojego pierwszego w historii w pełni elektrycznego samochodu.
Ferrari chciało otworzyć nowy rozdział w swojej historii. Zamiast triumfu przyszła jednak fala krytyki i brutalna reakcja inwestorów. Po oficjalnej premierze modelu Luce — pierwszego w pełni elektrycznego Ferrari — akcje włoskiego producenta gwałtownie spadły, a internet dosłownie eksplodował komentarzami dotyczącymi wyglądu samochodu.
Notowania Ferrari na giełdzie w Mediolanie spadły we wtorek o około 8 proc., natomiast akcje notowane w USA straciły ponad 5 proc. To jedna z najmocniejszych reakcji rynku na premierę nowego modelu samochodu w ostatnich latach. Według analityków inwestorzy nie przestraszyli się wyłącznie napędu elektrycznego. Znacznie większym problemem okazał się sam projekt auta, który dla wielu fanów marki stanowi całkowite odejście od legendarnego DNA Ferrari.

Pierwsze elektryczne Ferrari wygląda jak… wszystko, tylko nie Ferrari
Model Luce został zaprezentowany w Rzymie jako symboliczny początek nowej ery marki z Maranello. Sama nazwa oznacza po włosku „światło” i według producenta ma symbolizować „jasność oraz kierunek”. Problem w tym, że reakcje po premierze były wyjątkowo brutalne.
Nowe Ferrari odcina się stylistycznie niemal od wszystkiego, do czego marka przyzwyczaiła swoich klientów przez dekady. Samochód bardziej przypomina futurystycznego crossovera lub aerodynamiczne GT niż klasyczne Ferrari o agresywnych proporcjach i niskiej sylwetce supersamochodu.
Za projekt odpowiada studio LoveFrom stworzone przez Jony Ive — legendarnego projektanta produktów Apple. Widać to szczególnie we wnętrzu, gdzie dominują minimalistyczne formy, aluminium, szkło i charakterystyczna estetyka znana z urządzeń Apple.

Ferrari ignoruje trend odwrotu od elektromobilności
Premiera Luce jest tym bardziej zaskakująca, że wielu producentów luksusowych aut zaczyna wycofywać się z agresywnych planów elektryfikacji. Lamborghini niedawno zawiesiło projekt swojego pierwszego elektrycznego supersamochodu, a Porsche również ogranicza ambitne plany dotyczące EV.
Szef Lamborghini, Stephan Winkelmann, otwarcie przyznał kilka miesięcy temu, że zainteresowanie elektrycznym Lamborghini jest „bliskie zeru”. W segmencie supersamochodów emocje, dźwięk silnika i mechaniczne doznania wciąż mają gigantyczne znaczenie.
Ferrari postanowiło jednak pójść w przeciwnym kierunku.
Prezes Ferrari, Benedetto Vigna, nazwał premierę Luce „bardzo ważnym dniem” i początkiem nowego rozdziału w historii firmy. Podkreślał również, że nowa technologia wymaga nowego języka stylistycznego.

1050 KM, cztery silniki i osiągi godne hipersamochodu
Pod względem technologicznym Luce jest prawdziwym potworem. Samochód bazuje na całkowicie nowej platformie i wykorzystuje cztery silniki elektryczne — po jednym przy każdym kole.
Łącznie układ generuje imponujące 1050 KM oraz 990 Nm momentu obrotowego. Ferrari deklaruje przyspieszenie od 0 do 100 km/h w 2,5 sekundy oraz prędkość maksymalną około 310 km/h.
Auto korzysta z akumulatora o pojemności 122 kWh oraz 800-woltowej architektury umożliwiającej ładowanie z mocą do 350 kW. Według procedury WLTP zasięg ma wynosić do 530 kilometrów.
Ferrari twierdzi również, że mimo masy przekraczającej 2,2 tony prowadzenie Luce przypomina bardziej Ferrari 296 GTB niż typowego ciężkiego elektryka. Pomóc mają zaawansowany torque vectoring i skrętna tylna oś.

Nawet dźwięk w Luce jest sztucznie generowany
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów nowego Ferrari pozostaje kwestia dźwięku. Producent zrezygnował z klasycznych symulacji V8 znanych z wielu elektrycznych aut i stworzył własny system oparty na rzeczywistych drganiach silników elektrycznych.
Specjalny algorytm filtruje nieprzyjemne częstotliwości i wzmacnia te bardziej „muzyczne”. Efekt ma przypominać emocje znane ze spalinowych Ferrari, choć wielu fanów marki pozostaje wobec tego pomysłu bardzo sceptycznych.
Były szef Ferrari: „Zdejmijcie z tego auta logo z wierzgającym koniem”
Krytyka przyszła nie tylko ze strony internetu. Były przewodniczący Ferrari, Luca di Montezemolo, nazwał Luce hańbą dla historii marki.
Włoskie media cytują jego mocne słowa:
– Mam nadzieję, że zdejmą z tego auta logo wierzgającego konia.
Jeszcze ostrzej zareagował włoski wicepremier Matteo Salvini, który stwierdził, że auto „wygląda jak wszystko, tylko nie Ferrari” i zastanawiał się publicznie, co powiedziałby dziś Enzo Ferrari.
Największe ryzyko dla Ferrari od lat?
Analitycy podkreślają, że problemem może być nie tylko sam odbiór samochodu, ale również potencjalny wpływ na wartość marki.
Ferrari przez lata budowało swój wizerunek wokół klasycznych supersamochodów z potężnymi silnikami spalinowymi, charakterystycznym dźwiękiem i bardzo konserwatywnym podejściem do zmian. Luce jest natomiast największym odejściem od filozofii marki w jej historii.
Do tego dochodzi ogromny koszt projektu. Auto ma kosztować około 550 tys. euro, a Ferrari musiało ponieść gigantyczne wydatki związane z opracowaniem nowej platformy, akumulatorów oraz całego elektrycznego układu napędowego.
Jeżeli Luce nie odniesie sukcesu sprzedażowego, konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze niż tylko chwilowy spadek akcji.
Ferrari chce zdobyć nowych klientów
Mimo krytyki Ferrari przekonuje, że Luce przyciągnie zupełnie nową grupę klientów. Auto ma być bardziej praktyczne niż jakiekolwiek wcześniejsze Ferrari — oferuje pięć pełnoprawnych miejsc i niemal 600 litrów przestrzeni bagażowej.
To największy i najbardziej rodzinny model w historii marki.
Pytanie brzmi jednak, czy klienci Ferrari rzeczywiście oczekiwali od producenta supersamochodów elektrycznego grand tourera przypominającego futurystycznego crossovera.
Jedno jest pewne — Luce już teraz stało się jednym z najbardziej kontrowersyjnych samochodów dekady.
Foto: Ferrari.