Październik od lat budzi niepokój wśród surferów i pływaków na Hawajach. Teraz naukowcy potwierdzają, że tzw. „Sharktober”, czyli sezonowy wzrost liczby ataków rekinów, nie jest mitem. Co więcej — jego przyczyna leży nie w zachowaniu ludzi, lecz w… biologii samych drapieżników.
Zespół badaczy z Uniwersytetu Hawajskiego w Mānoa przeanalizował 30 lat danych o nieprowokowanych atakach rekinów (1995–2024). W tym okresie odnotowano 165 takich incydentów, z czego aż 47 proc. spowodowały rekiny tygrysie (Galeocerdo cuvier).
Najbardziej uderzający wniosek? Aż 20 proc. wszystkich ataków miało miejsce w październiku — to nawet cztery razy więcej niż w innych miesiącach roku.
Co istotne, badacze nie znaleźli dowodów na to, że w październiku w wodzie przebywa więcej ludzi. Oznacza to, że przyczyny wzrostu liczby ataków są niezależne od aktywności człowieka.
Rekin tygrysi głównym „bohaterem” Sharktober
W samym październiku co najmniej 63 proc. ataków przypisano rekinom tygrysim, a kolejne 28 proc. dotyczyło niezidentyfikowanych gatunków — które również mogły być rekinami tygrysimi.
Zdaniem biologa morskiego Carla Meyera, autora badania opublikowanego w Frontiers in Marine Science, to właśnie cykl rozrodczy tych zwierząt odpowiada za październikowy wzrost ryzyka.
– Październikowy skok liczby ataków wynika z biologii rekinów tygrysich, a nie ze zmian w sposobie korzystania z oceanu przez ludzi – podkreśla Meyer.
Październik to sezon narodzin rekinów
Jesienią duże, dorosłe samice rekinów tygrysich migrują bliżej głównych wysp Hawajów, aby urodzić młode. Rekiny te są jajorodne żyworodne — embriony rozwijają się wewnątrz ciała matki, a ciąża trwa nawet 16 miesięcy.
Po porodzie, który może oznaczać narodziny około 30 młodych, samice są wyraźnie osłabione i muszą intensywnie żerować, by odbudować zapasy energii. To właśnie ten zwiększony apetyt i obecność dużych drapieżników w płytkich wodach znacząco podnosi ryzyko kontaktu z człowiekiem.
Co ważne — ataki nie mają nic wspólnego z obroną młodych. Nowo narodzone rekiny są całkowicie samodzielne i często ukrywają się w płytszych wodach, by nie paść ofiarą… większych rekinów, w tym własnej matki.
Ryzyko nadal bardzo niskie
Eksperci podkreślają, że mimo sezonowego wzrostu liczby incydentów, ryzyko ataku rekina pozostaje ekstremalnie niskie.
– Kluczowa jest świadomość, nie panika – zaznacza Meyer. – W październiku warto zachować dodatkową ostrożność, szczególnie podczas samotnego surfowania czy pływania blisko brzegu.
Podobnego zdania jest Daryl McPhee, badacz ataków rekinów z australijskiego Bond University, który zwraca uwagę, że sezonowe migracje dużych gatunków drapieżnych mogą zwiększać ryzyko lokalnie, ale nie zmieniają ogólnego obrazu.
Czy podobne zjawiska występują gdzie indziej?
Choć „Sharktober” jest szczególnie widoczny na Hawajach, naukowcy wskazują, że sezonowe wzorce ataków mogą występować także w innych regionach świata. Zależnie od lokalnej ekologii i zachowań konkretnych gatunków.
Globalnie większość nieprowokowanych ataków przypisywana jest trzem gatunkom:
- żarłaczowi białemu,
- rekinowi tygrysiemu,
- rekinowi tępogłowemu (byczemu).
W Australii, gdzie ostatnio doszło do serii ataków w krótkim czasie, podejrzewa się, że kluczową rolę odegrały warunki środowiskowe: mętna woda, intensywne opady i zwiększona dostępność ofiary.
Długoterminowy trend: ataków jest więcej
Statystyki pokazują, że w skali globalnej liczba ataków rekinów rośnie. W latach 70. XX wieku odnotowano 157 takich zdarzeń, w latach 90. było ich już 500, a w dekadzie 2010–2019 — ponad 800.
Eksperci zaznaczają jednak, że wzrost ten wynika głównie z większej liczby ludzi korzystających z oceanów, a nie z agresywniejszego zachowania rekinów.
Foto: Mistral/AI.