amerykański pancernik

Czy na morza wrócą pancerniki?! Poważnie rozważa to Biały Dom

Gigantyczne działa, gruby stalowy pancerz i załoga licząca 1500 osób – te okręty odeszły do historii w 1992 roku. Teraz Donald Trump i sekretarz marynarki wojennej USA rozważają przywrócenie pancerników do służby. 

Czy w dobie pocisków hipersonicznych i dronów jest w tym sens? Debata dotyka sedna przyszłości wojen morskich.

Donald Trump otwarcie przyznaje, że poważnie rozmawia z Sekretarzem Marynarki Wojennej Johnem Phelanem o włączeniu pancerników – okrętów skoncentrowanych na potężnej artylerii i ciężkim pancerzu – z powrotem do struktury sił morskich USA. Propozycja ta, choć na pierwszy rzut oka wydaje się oderwana od technologicznej rzeczywistości, podnosi realne pytania o wartość pancerza i koszty amunicji w XXI wieku.

„Lita stal kontra topiące się aluminium”

Wypowiedź Trumpa na spotkaniu oficerów w Quantico uderza w sedno problemu wytrzymałości nowoczesnych okrętów:

– To coś, co faktycznie rozważamy, koncepcja pancernika, ładny, sześciocalowy (ok. 15 cm) bok z litej stali. Nie aluminium, aluminium, które się topi. Jeśli patrzy na nadlatujący pocisk, zaczyna się topić, gdy pocisk jest około dwie mile dalej – powiedział Trump nieco chaotycznie, w swoim stylu.

Choć uprościł świat, to jednak celnie zwrócił uwagę na fakt, że współczesne okręty, optymalizowane pod kątem szybkości i niewidzialności, często rezygnują z ciężkiego pancerza, co czyni je bardziej wrażliwymi na ataki rakietowe i drony. Pancerniki typu Iowa, ostatnie w aktywnej służbie, działały inaczej. Miały pasy pancerne ze stali o grubości ponad 34 cm i były zaprojektowane, by przetrwać uderzenia najcięższych pocisków.

Wojna na koszty: „Pociski są tańsze niż rakiety”

Kluczowym argumentem strategicznym za wprowadzenie pancerników do służy jest ekonomia. Trump trafnie zauważa, że „pociski są o wiele tańsze niż rakiety”.

  • Pocisk manewrujący Tomahawk (podstawowa broń uderzeniowa obecnej floty) kosztuje miliony dolarów za sztukę.
  • Pocisk 16-calowy (406 mm) pancernika, choć też drogi w produkcji, w przeliczeniu na pojedynczą salwę i masowy ostrzał, jest nieporównywalnie tańszy.

Pancerniki, w ostatniej reaktywacji w latach 80. za czasów Ronalda Reagana, zostały wyposażone w 32 wyrzutnie pocisków Tomahawk i 16 Harpoon. Do czasu wprowadzenia nowoczesnych niszczycieli, to one miały największy ładunek rakietowy w flocie. Mimo to, siłą pancernika miały pozostać armaty używane do masowego wsparcia ogniowego operacji desantowych.

Cztery muzea, które mogą znów stać się bronią

Kwestia powrotu pancerników dotyczy czterech jednostek typu Iowa – USS Iowa, USS New Jersey, USS Missouri i USS Wisconsin – które wszystkie są obecnie okrętami-muzeami. Ostatnie dwie jednostki, Missouri i Wisconsin, wycofano ze służby po udziale w wojnie w Zatoce Perskiej, odpowiednio w 1995 i 1992 roku, a do rezerwy trafiły w latach 90. 

Ostatecznie, dzięki ustawom Kongresu, zezwolono na przekształcenie ich w muzea pod warunkiem, że w przypadku ogłoszenia stanu wyjątkowego przez prezydenta, US Navy ma prawo zażądać ich powrotu do służby. Oznacza to, że teoretycznie Marynarka Wojenna mogłaby je odzyskać, choć koszt i czas reaktywacji byłyby ogromne.

Technologiczna pułapka: Stare okręty w nowej wojnie

Choć dyskusja jest żywa, pomysł reaktywacji istniejących kolosów rodzi ogromne wyzwania:

  1. Logistyka i koszty: Czas i koszty przywrócenia do służby 80-letnich kolosów są ogromne. To wymagałoby ponownego uruchomienia łańcuchów dostaw dla amunicji i części zamiennych.
  2. Archaiczne silniki: Pancerniki napędzane są przestarzałymi, wymagającymi konserwacji systemami parowymi. Modernizacja tych systemów to zadanie logistyczne i inżynieryjne na gigantyczną skalę.
  3. Załoga: Pancernik wymaga ponad 1500 marynarzy, czyli ponad pięć razy więcej niż nowoczesny niszczyciel. To ogromne obciążenie dla Marynarki Wojennej, która zmaga się z celami rekrutacyjnymi.

W tle dyskusji o pancernikach toczy się też prawdziwa batalia o przyszłość artylerii morskiej. Upadek programu niszczycieli typu Zumwalt (DDG-1000), których nowoczesne działa AGS okazały się zbyt drogie w użyciu, dowodzi, że sama technologia nie wystarczy.

Przypomnijmy, że system AGS (Advanced Gun System) to para zaawansowanych, w pełni zautomatyzowanych dział kalibru 155 mm, zaprojektowanych specjalnie dla trudno wykrywalnych superniszczycieli  typu Zumwalt. Miały one zapewnić precyzyjne wsparcie ogniowe na lądzie na duże odległości dzięki specjalistycznej, kierowanej amunicji. Niestety, amunicja ta (Long-Range Land Attack Projectiles) stała się tak kosztowna – osiągając cenę nawet 800 000 USD za pocisk – że Marynarka Wojenna USA zrezygnowała z jej zakupu. Tym samym działa AGS na niszczycielach DDG-1000 stały się bezużytecznym balastem.

Przyszłość należy do elektromagnesów, nie prochu?

Prawdziwą alternatywą, która mogłaby zapoczątkować nową erę okrętów skoncentrowanych na działach, jest działo elektromagnetyczne (Railgun). Wykorzystuje elektromagnesy zamiast prochu. Potencjalny koszt pocisku tutaj to około 100 000 USD, a więc znacznie mniej od rakiet. Oferuje też duży zasięg i precyzję, mogąc zwalczać cele morskie, lądowe, a nawet manewrujące pociski manewrujące.

Choć US Navy wstrzymała publiczne prace nad swoim prototypem Railguna, inne państwa, w tym Chiny i Japonia, aktywnie rozwijają tę technologię. To właśnie Railgun, a nie powrót do armat z II Wojny Światowej, może być „drugim nadejściem” pancernika – w postaci okrętu-arsenału zdolnego do prowadzenia masowego i relatywnie taniego ognia na dużych dystansach.

Ostateczna decyzja Marynarki Wojennej USA zostanie sfinalizowana w ramach przeglądu wymagań dla przyszłego niszczyciela DDG(X). Jednak dopóki trwają te wewnętrzne dyskusje, a w tle pojawia się koncepcja opancerzonego kolosa, w Waszyngtonie panuje jedno przekonanie. Przyszłość floty musi być wytrzymalsza i tańsza w eksploatacji.

Foto: Java Gypsie z Pixabay.

Podziel się artykułem

PortalTechnologiczny.pl

Wykorzystujemy ciasteczka do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie.

Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Partnerzy mogą połączyć te informacje z innymi danymi otrzymanymi od Ciebie lub uzyskanymi podczas korzystania z ich usług.

Informacja o tym, w jaki sposób Google przetwarza dane, znajdują się tutaj.